W tym samym roku, co "Cool Snap!" panowie wydali kolejny singiel "Nerve Pylon", który pozornie nie różnił się od poprzednich dokonań grupy - słodki power pop z dodatkiem elektronicznego bitu; ładnie brzmiący, lecz nie prostacki - ot, odświeżenie starych patentów w nieco zmienionej formule. Wystarczy jednak posłuchać strony B, czyli "Over the Brow" i jesteśmy w innym świecie, swoistej kontynuacji "Cool Snap". Goście przesadzili z LSD i wylądowali w studiu ze złym samopoczuciem, khem, bad tripem. Być może inspirowali się This Heat, być może Swell Maps, Certain Ratio? - nieważne, efekt jest niesamowity i czasem wręcz przytłaczający. Od tego momentu zespół porzucił słodko-pierdzący ton (przesadziłem) i zaczął na poważnie eksperymentować z formułą utworów, brzmieniem, jak i wykorzystaniem swoich instrumentów.
Rok 1981 przyniósł kolejny singiel (chryste), "Transit", który to macie okazję posłuchać powyżej. Ktoś leniwy mógłby porównać ich do Joy Division i pójść w cholerę, a co jest według mnie wierutną bzdurą. Owszem, JD nadało post-punkowi ten smutnawo-mroczny ton, co nie oznacza, że ktokolwiek grający w tym klimacie musi być ich kopią. Szczególnie, że Lines mieli dość szerokie wpływy, uwidaczniające się w ich muzyce - znane były im krautrockowe eksperymenty, dubowy klimat, jak i punkowa energia - czego opisywany singiel jest przykładem, w połączeniu ze stroną drugą, czyli "Part II". Ustanowili także pewną singlową tradycję: strona A dość bezpośrednia, strona B przeznaczona na eksperymentalne jamy wzorem grupy Faust w ich słynnym studiu Wümme
... i doszliśmy do mojego faworyta, czyli "House of Cracks", również z '81 roku. Przysięgam, przy pierwszym przesłuchaniu prawie ich pomyliłem z The Rapture, czy innym zespołem dance-punkowym. Utwór ten wyprzedził swoją epokę o ponad 20 lat, prezentując słuchaczowi czysto dyskotekowy rytm w otoczce głośnych gitar i funkowego basu, totalnie wyzbyty z jakiegokolwiek eksperymentalizmu...
Pozornie, ponieważ gdzieś w okolicach 6 minuty rozpoczyna się istny dźwiękowy armageddon, którego samo Sonic Youth by się nie powstydziło.
Druga strona, "Old Town" podtrzymuje dyskotekowy klimat, choć w zupełnie innym znaczeniu - wyobraźcie sobie "Fear and Loathing in Las Vegas" dziejące się w klubie, ze stroboskopowymi światłami, ścianami ociekającymi krwią i wypełnionym pacjentami z najbliższego oddziału psychiatrycznego. Nie, wcale nie przesadzam. Niektórym strona B spodoba się bardziej niż naczelny singiel i wcale się temu nie będę dziwić.
Uff, skończyliśmy z singlami, w następnym odcinku dwa jedyne albumy grupy i zakończenie sagi. Łapajcie muzykę.
Zastanawiam się, czy to źle, że chciałbym stworzyć western w latach '70 XX wieku? Zamiast koni amerykańskie muscle cary, zostawić policjantów (khem, szeryfa) i złodziei, podlać wszystko to narkotycznym klimatem wyciągniętym z książek Burroughsa i voila!
Mamy "Znikający punkt". Cholera.
Najgorsze jest to, że to jedyne wyobrażenie, które przychodzi mi do głowy, pomijając scenę z samochodu (również jakiegoś Chargera) z kamerą umiejscowioną na mężczyźnie za kierownicą, przemierzającym nocą z kamienną miną ulice jakiegoś pustawego miasta. Dymek w łapie i wszechogarniająca ciemność w dusznej kabinie - tylko lampy uliczne czasem wszystko oświetlają.
Kopia "Drive". Zero kreatywności, jedynie odgrzebane klisze z pamięci. Jedyne rozwiązanie to przeniesienie akcji 1000 lat w przyszłość, z latającymi samochodami po orbicie ziemskiej (wtedy bedzie na pewno ciemno!) i jakimś zimnym cyborgiem w roli psychopatycznego amanta - już nawet papierosa nie trzeba do podkreślenia jego zajebistości i braku jakichkolwiek uczuć wyższych (Goslingowy bohater miał przejawy pizdowatości, jeśli spojrzeć na to z tej perspektywy).
I nie, wcale nie wzorowałem się na Robocopie.
Zauważyliście, że wszystkie te utwory są w gruncie rzeczy do siebie podobne? Podobny rytm, minimalizm uderzający słuchacza w twarz (sic) i praktycznie zero progresji w harmonii, ta sama melodia aż do czyjegoś porzygu. W dzisiejszych czasach praktycznie nie wyobrażamy sobie innego soundtracku do podobnych filmów "drogi" - dosłownie. Co innego wędrówka na pieszo/pociągiem, a co innego ciągła jazda starym Cadillakiem czy innym gruchotem, prawda?
Wspomniany "Znikający punkt" miał dość tradycyjny soundtrack, składający się praktycznie tylko z niszowego folku, prawie na wzór wspomnianych westernów z lat '60. Niezbyt spodobało się to niejakiemu Bobbiemu Gillespiemu, przez co Primal Scream nagrał płytę "Vanishing Point", będącą tymże "idealnym soundtrackiem" dla filmu. Tak jak można się było spodziewać, klimat na niej jest odpowiednio hipnotyczny, echo odbija się od "ścian", tłuste bity nadają rytm kosmicznym dźwiękom - raz przyjemnie i lekko, innym razem sprawiając słuchaczowi bad tripa. Jednakże formułę omawianej prostoty wypełnia przede wszystkim ten utwór:
The Lines. Zespół, który w latach swojego istnienia wydał dwa albumy, jedną epkę i pięć singli (singli, nie pojedyńczych piosenek), które przeszły właściwie bez żadnego echa. Niezbyt przypodobali się prasie muzycznej, a sami słuchacze nie byli specjalnie zainteresowani ich brzmieniem, wyłączając paru obowiązkowych fanbojów. Powstali w 1977 roku, rozpadli się w 1983, zaraz po wydaniu ostatniej płyty. Nie koncertowali, pomijając parę pojedyńczych występów i praktycznie nie wychodzili ze studia. Po rozwiązaniu wokalista Rico Conning pracował jako inżynier dźwięku; dzięki niemu powstała bodaj najsłynniejsza płyta Swans "Children of God" oraz równie słynny album "Horse Rotorvator" legendarnego Coil. Perkusista Nicolas Cash zatrudnił się u Franka Toveya, alias Fad Gadget, o którym będzie też mowa na niniejszym blogasku.
Niektórzy być może domyślają się już, że Lines nie byli typową grupą post-punkową, jakich w tamtych czasach było multum - inaczej nie opisywałbym ich tutaj. To, co ich wyróżniało, to umiejętne lawirowanie pomiędzy różnymi rodzajami brzmienia; na tym samym singlu potrafili zagrać mocno, lecz harmonicznie (wyraźnie inspirowali się grupami power-popowymi, jak np. Big Star), by zaraz później zaatakować hałaśliwym dubem z elektronicznym podkładem. Zaczynali dość przeciętnie (w mojej ocenie) singlem "White Night/Barbican" z 1978 roku, który prawie niczym się nie wyróżniał wśród całej tej punkowej masy zalewającej wtedy rynek muzyczny, choć słychać na nim zaczątki minimalnych, choć zawsze, eksperymentów.
Podobnie było z "On the Air" z 1979 roku, które tak naprawdę jest mini EPką - panowie wyraźnie poprawili swój warsztat, aczkolwiek nadal brakowało im wyróżnika, czegoś, co odłączyłoby ich od drużyny "Sex Pistols-esque" (choć prędzej porównałbym ich do wspomnianego Big Star z punkowym zacięciem).
Nadszedł jednak rok 1980 i wydanie pełnoprawnej EPki "Cool Snap!", która prawdopodobnie uratowała zespół przed całkowitym zapomnieniem. Być może nieco przesadzam, ale dla mnie te 20 minut muzyki plasuje się z łatwością na jakimkolwiek top 10 (nawet 5) z tamtego rocznika. Każdy utwór jest inny, każdy kolejny stawia poprzeczkę coraz wyżej. Są tutaj piosenki z łatwymi do zapamiętania hookami ("Don't Need Surgery", "2Split Seconds"), jest też prawilny post-punk z popowym zacięciem ("False Alarm", "Background"), aż w końcu dorwiemy się się do clue programu, czyli tytułowego "Cool Snap", instrumentalnego numeru, który tak naprawdę wskazał w którym kierunku uda się zespół. Są tu echa dubu, dziwnych wtrąceń elektronicznych; "wesoły" post-punk miesza się tu z psychodeliczną trąbką, dając efekt podobny do tego, jaki się ma po zażyciu sporej ilości LSD. Ten utwór jest chyba kulminacją wszystkiego, co kotłowało się w umysłach członków grupy od dłuższego czasu - według mnie nie można było lepiej zamknąć tych 20 minut.
To na razie tyle, nie chcę zalewać nikogo kolejną ścianą tekstu, dlatego opis dziejów The Lines post-1980 w następnym odcinku. W międzyczasie kliknijcie, by sprawdzić wspomniane nagrania.