W tym samym roku, co "Cool Snap!" panowie wydali kolejny singiel "Nerve Pylon", który pozornie nie różnił się od poprzednich dokonań grupy - słodki power pop z dodatkiem elektronicznego bitu; ładnie brzmiący, lecz nie prostacki - ot, odświeżenie starych patentów w nieco zmienionej formule. Wystarczy jednak posłuchać strony B, czyli "Over the Brow" i jesteśmy w innym świecie, swoistej kontynuacji "Cool Snap". Goście przesadzili z LSD i wylądowali w studiu ze złym samopoczuciem, khem, bad tripem. Być może inspirowali się This Heat, być może Swell Maps, Certain Ratio? - nieważne, efekt jest niesamowity i czasem wręcz przytłaczający. Od tego momentu zespół porzucił słodko-pierdzący ton (przesadziłem) i zaczął na poważnie eksperymentować z formułą utworów, brzmieniem, jak i wykorzystaniem swoich instrumentów.
... i doszliśmy do mojego faworyta, czyli "House of Cracks", również z '81 roku. Przysięgam, przy pierwszym przesłuchaniu prawie ich pomyliłem z The Rapture, czy innym zespołem dance-punkowym. Utwór ten wyprzedził swoją epokę o ponad 20 lat, prezentując słuchaczowi czysto dyskotekowy rytm w otoczce głośnych gitar i funkowego basu, totalnie wyzbyty z jakiegokolwiek eksperymentalizmu...
Pozornie, ponieważ gdzieś w okolicach 6 minuty rozpoczyna się istny dźwiękowy armageddon, którego samo Sonic Youth by się nie powstydziło.
Uff, skończyliśmy z singlami, w następnym odcinku dwa jedyne albumy grupy i zakończenie sagi. Łapajcie muzykę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz