poniedziałek, 25 listopada 2013

The Lines, cz. 2


Druga część epopei o grupie The Lines.

W tym samym roku, co "Cool Snap!" panowie wydali kolejny singiel "Nerve Pylon", który pozornie nie różnił się od poprzednich dokonań grupy - słodki power pop z dodatkiem elektronicznego bitu; ładnie brzmiący, lecz nie prostacki - ot, odświeżenie starych patentów w nieco zmienionej formule. Wystarczy jednak posłuchać strony B, czyli "Over the Brow" i jesteśmy w innym świecie, swoistej kontynuacji "Cool Snap". Goście przesadzili z LSD i wylądowali w studiu ze złym samopoczuciem, khem, bad tripem. Być może inspirowali się This Heat, być może Swell Maps, Certain Ratio? - nieważne, efekt jest niesamowity i czasem wręcz przytłaczający. Od tego momentu zespół porzucił słodko-pierdzący ton (przesadziłem) i zaczął na poważnie eksperymentować z formułą utworów, brzmieniem, jak i wykorzystaniem swoich instrumentów.


Rok 1981 przyniósł kolejny singiel (chryste), "Transit", który to macie okazję posłuchać powyżej. Ktoś leniwy mógłby porównać ich do Joy Division i pójść w cholerę, a co jest według mnie wierutną bzdurą. Owszem, JD nadało post-punkowi ten smutnawo-mroczny ton, co nie oznacza, że ktokolwiek grający w tym klimacie musi być ich kopią. Szczególnie, że Lines mieli dość szerokie wpływy, uwidaczniające się w ich muzyce - znane były im krautrockowe eksperymenty, dubowy klimat, jak i punkowa energia - czego opisywany singiel jest przykładem, w połączeniu ze stroną drugą, czyli "Part II". Ustanowili także pewną singlową tradycję: strona A dość bezpośrednia, strona B przeznaczona na eksperymentalne jamy wzorem grupy Faust w ich słynnym studiu Wümme

... i doszliśmy do mojego faworyta, czyli "House of Cracks", również z '81 roku. Przysięgam, przy pierwszym przesłuchaniu prawie ich pomyliłem z The Rapture, czy innym zespołem dance-punkowym. Utwór ten wyprzedził swoją epokę o ponad 20 lat, prezentując słuchaczowi czysto dyskotekowy rytm w otoczce głośnych gitar i funkowego basu, totalnie wyzbyty z jakiegokolwiek eksperymentalizmu...
Pozornie, ponieważ gdzieś w okolicach 6 minuty rozpoczyna się istny dźwiękowy armageddon, którego samo Sonic Youth by się nie powstydziło.


Druga strona, "Old Town" podtrzymuje dyskotekowy klimat, choć w zupełnie innym znaczeniu - wyobraźcie sobie "Fear and Loathing in Las Vegas" dziejące się w klubie, ze stroboskopowymi światłami, ścianami ociekającymi krwią i wypełnionym pacjentami z najbliższego oddziału psychiatrycznego. Nie, wcale nie przesadzam. Niektórym strona B spodoba się bardziej niż naczelny singiel i wcale się temu nie będę dziwić.

Uff, skończyliśmy z singlami, w następnym odcinku dwa jedyne albumy grupy i zakończenie sagi. Łapajcie muzykę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz