piątek, 22 listopada 2013

The Lines, cz. 1



The Lines. Zespół, który w latach swojego istnienia wydał dwa albumy, jedną epkę i pięć singli (singli, nie pojedyńczych piosenek), które przeszły właściwie bez żadnego echa. Niezbyt przypodobali się prasie muzycznej, a sami słuchacze nie byli specjalnie zainteresowani ich brzmieniem, wyłączając paru obowiązkowych fanbojów. Powstali w 1977 roku, rozpadli się w 1983, zaraz po wydaniu ostatniej płyty. Nie koncertowali, pomijając parę pojedyńczych występów i praktycznie nie wychodzili ze studia. Po rozwiązaniu wokalista Rico Conning pracował jako inżynier dźwięku; dzięki niemu powstała bodaj najsłynniejsza płyta Swans "Children of God" oraz równie słynny album "Horse Rotorvator" legendarnego Coil. Perkusista Nicolas Cash zatrudnił się u Franka Toveya, alias Fad Gadget, o którym będzie też mowa na niniejszym blogasku.
Niektórzy być może domyślają się już, że Lines nie byli typową grupą post-punkową, jakich w tamtych czasach było multum - inaczej nie opisywałbym ich tutaj. To, co ich wyróżniało, to umiejętne lawirowanie pomiędzy różnymi rodzajami brzmienia; na tym samym singlu potrafili zagrać mocno, lecz harmonicznie (wyraźnie inspirowali się grupami power-popowymi, jak np. Big Star), by zaraz później zaatakować hałaśliwym dubem z elektronicznym podkładem. Zaczynali dość przeciętnie (w mojej ocenie) singlem "White Night/Barbican" z 1978 roku, który prawie niczym się nie wyróżniał wśród całej tej punkowej masy zalewającej wtedy rynek muzyczny, choć słychać na nim zaczątki minimalnych, choć zawsze, eksperymentów.


Podobnie było z "On the Air" z 1979 roku, które tak naprawdę jest mini EPką - panowie wyraźnie poprawili swój warsztat, aczkolwiek nadal brakowało im wyróżnika, czegoś, co odłączyłoby ich od drużyny "Sex Pistols-esque" (choć prędzej porównałbym ich do wspomnianego Big Star z punkowym zacięciem).
Nadszedł jednak rok 1980 i wydanie pełnoprawnej EPki "Cool Snap!", która prawdopodobnie uratowała zespół przed całkowitym zapomnieniem. Być może nieco przesadzam, ale dla mnie te 20 minut muzyki plasuje się z łatwością na jakimkolwiek top 10 (nawet 5) z tamtego rocznika. Każdy utwór jest inny, każdy kolejny stawia poprzeczkę coraz wyżej. Są tutaj piosenki z łatwymi do zapamiętania hookami ("Don't Need Surgery", "2Split Seconds"), jest też prawilny post-punk z popowym zacięciem ("False Alarm", "Background"), aż w końcu dorwiemy się się do clue programu, czyli tytułowego "Cool Snap", instrumentalnego numeru, który tak naprawdę wskazał w którym kierunku uda się zespół. Są tu echa dubu, dziwnych wtrąceń elektronicznych; "wesoły" post-punk miesza się tu z psychodeliczną trąbką, dając efekt podobny do tego, jaki się ma po zażyciu sporej ilości LSD. Ten utwór jest chyba kulminacją wszystkiego, co kotłowało się w umysłach członków grupy od dłuższego czasu - według mnie nie można było lepiej zamknąć tych 20 minut.


To na razie tyle, nie chcę zalewać nikogo kolejną ścianą tekstu, dlatego opis dziejów The Lines post-1980 w następnym odcinku. W międzyczasie kliknijcie, by sprawdzić wspomniane nagrania.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz