Mamy "Znikający punkt". Cholera.
Najgorsze jest to, że to jedyne wyobrażenie, które przychodzi mi do głowy, pomijając scenę z samochodu (również jakiegoś Chargera) z kamerą umiejscowioną na mężczyźnie za kierownicą, przemierzającym nocą z kamienną miną ulice jakiegoś pustawego miasta. Dymek w łapie i wszechogarniająca ciemność w dusznej kabinie - tylko lampy uliczne czasem wszystko oświetlają.
Zauważyliście, że wszystkie te utwory są w gruncie rzeczy do siebie podobne? Podobny rytm, minimalizm uderzający słuchacza w twarz (sic) i praktycznie zero progresji w harmonii, ta sama melodia aż do czyjegoś porzygu. W dzisiejszych czasach praktycznie nie wyobrażamy sobie innego soundtracku do podobnych filmów "drogi" - dosłownie. Co innego wędrówka na pieszo/pociągiem, a co innego ciągła jazda starym Cadillakiem czy innym gruchotem, prawda?
Wspomniany "Znikający punkt" miał dość tradycyjny soundtrack, składający się praktycznie tylko z niszowego folku, prawie na wzór wspomnianych westernów z lat '60. Niezbyt spodobało się to niejakiemu Bobbiemu Gillespiemu, przez co Primal Scream nagrał płytę "Vanishing Point", będącą tymże "idealnym soundtrackiem" dla filmu. Tak jak można się było spodziewać, klimat na niej jest odpowiednio hipnotyczny, echo odbija się od "ścian", tłuste bity nadają rytm kosmicznym dźwiękom - raz przyjemnie i lekko, innym razem sprawiając słuchaczowi bad tripa. Jednakże formułę omawianej prostoty wypełnia przede wszystkim ten utwór:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz